Mroźny pesymizm

Mroźny pesymizm

27 kwietnia 2018 r.

Trudno w to uwierzyć, ale Remigiusz Mróz już raz był. Wciąż jest. Nazywa się Jakub Ćwiek, w ciągu ostatniej dekady napisał ponad 20 książek i ze trzy razy tyle opowiadań. Również zachwycają się nimi głównie młodzi odbiorcy i również bywał oskarżany o ich nieetyczne pozyskiwanie oraz psucie rynku. Podobno w fandomie do dziś powtarza się anegdotę o nastoletniej czytelniczce pytającej Maję L. Kossakowską, dlaczego naśladuje Ćwieka i pisze o aniołach. Że pisała o nich kilka lat przed Ćwiekiem? To przed Ćwiekiem istniała jakaś literatura?! Także przy nominacjach do Nagrody Zajdla, najstarszej w polskiej fantastyce, Ćwiek jawił się niczym monstrum galaktyczne, które rozpętało kampanię promocyjną i wizerunkową – i wygrało. Podobnie dziś samo nominowanie Mroza do jakiejkolwiek nagrody plebiscytowej daje mu pewne zwycięstwo. Wręcz szkoda czasu na liczenie głosów.

Ćwiek powinien Mroza nie cierpieć bardziej niż jakikolwiek inny pisarz. A jednak był jedynym, który jeszcze niedawno wypowiadał się o nim z sympatią i szacunkiem, a w felietonie Ryzykanci z grudnia 2017 r. zaliczył go nawet do… twórców eksperymentujących. Mnie jako autorowi grzebiącemu w historii nie mogło się to nie skojarzyć z taktycznymi sojuszami dyktatorów, o których przecież wiadomo, że są mili tylko wtedy, gdy brakuje im jeszcze czołgów do frontalnego ataku. Wreszcie atak nastąpił, bo nastąpić musiał: w tym tygodniu Ćwiek opublikował list otwarty do Mroza Remku, zalał mnie wkurw.

List napisany jest jednak w duchu wysokiej dyplomacji. W tekście zajmującym 8,5 strony maszynopisu pierwsze dwie to pean na cześć „Remka”, ale i na pozostałych zarzuty przeplatają się z oddawaniem czci „Królowi Rynku”. Jeżeli tak wygląda wkurw, to na najbliższe święta będę życzył sobie i Państwu równie spokojnych wkurwów. Jednakże dwie sprawy postawione zostały mocno. Po pierwsze, Mróz traktuje per noga tak ważny etap tworzenia powieści, jakim jest dokumentacja. Po drugie, wynikające z pierwszego, brak dokumentacji prowadzi do powstawania książek głupich, a nawet szkodliwych społecznie, jaką jest według Ćwieka Nieodnaleziona, traktująca o przemocy domowej. Jeżeli Mróz czegoś z tym nie zrobi, zbliża się chwila – przepowiada wróż Ćwiek – kiedy rozpiszczane fanki powiedzą „Król jest nagi”. I brzmiałoby to jak porządne ultimatum, gdyby Ćwiek satyryk nie dodał na koniec: „Tak, ale patrzcie, jakie ma jaja!”.

I tu się myli. Mogę to stwierdzić z pełnym przekonaniem, bo znam Jakuba Ćwieka od lat, jako że zanim sam skupiłem się wyłącznie na literaturze, byłem redaktorem m.in. jego wczesnych książek. Pamiętam pracowitość, pewność siebie i optymizm Jakuba – to cechy, które w odpowiednio wysokim natężeniu z każdego uczynią Mroza. Jednakże z Ćwieka nie uczyniły, bo po pierwszym (równie dyplomatycznym) wkurwie na moje uwagi redakcyjne, przyszła refleksja i swoją pracowitość autor Kłamcy zaprzągł nie tylko do wystukiwania dziesiątków tysięcy znaków dziennie, ale też do pracy nad swoim warsztatem. Pisząc kilka lat później Ciemność płonie – znakomity horror wciąż młodego, ale już dojrzałego twórcy – zmierzył własnymi krokami trasy bohaterów. „Skoro mogłem tak ja – myśli dzisiaj Ćwiek – to mógłby też Mróz, tylko widocznie nie trafił na dobrego redaktora”.

Twój optymizm, Kuba, prowadzi Cię do fałszywych wniosków. Nie chodzi tylko o to, że Ty wyglądasz jak facet typu: „You talking to me?”, a Mróz jak: „Nie, przepraszam… ale może byłby pan zainteresowany polisą na życie?”. I nie o to, że Ty na spotkaniach z publicznością zdobywasz ją szczerym uśmiechem, on zaś poci się, jeżeli dostanie pytanie spoza kartki. Chodzi o to, że Ty jesteś sobą, a on swoim garniturem.

Nie masz więc racji, że Mróz potrzebuje redaktora. Mróz nie potrzebuje nikogo poza swoimi fanami, dlatego idealnie odnalazł się w roli producenta fabuł w basic Polish. Nie masz też racji, że gdyby robił dokumentację jak np. Katarzyna Bonda – która ze swego researchu uczyniła wręcz religię – Mróz zamiast treści płaskich i powierzchownych tworzyłby głębsze i być może ważkie. Nie rozumiesz tego i nigdy nie zrozumiesz, bo siedzi w Tobie społecznik, a w Mrozie coś na kształt polityka. Społecznik jest w stanie powiedzieć swojej publiczności: „Nie macie racji. Pozwólcie, że wam to wytłumaczę”, polityk jest zakładnikiem swoich wyborców i nigdy nie powie im czegoś, czego oni nie chcą usłyszeć.

Ponadto musisz pogodzić się z tym, że nie jesteś już tym samym młodym Kubą Ćwiekiem, który właśnie kończył pierwszy tom Kłamcy. Myślałeś, że jesteś cyborgiem? No to patrz, tajne laboratoria rynku wydawniczego wyprodukowały cyborga mniej antropoidalnego niż Ty, za to trzy razy szybszego. Ty pamiętasz jeszcze rynek, w którym liczyła się jakość, i zaczynasz za nim tęsknić, ale żyjemy w nowej epoce. Teraz każde wydawnictwo dąży do tego, by wydawać przynajmniej jedną książkę dziennie. Remedium może być tylko Remek 365 i zobaczysz, takiego też w końcu stworzą.

Zwróć również uwagę, jak pożyteczny jest Mróz dla badań czytelnictwa. Czytamy i słyszymy tylko o tym, ilu Polaków ile książek przeczytało rocznie. Nie tylko bibliotekarze, ale nawet wielu pisarzy mówi publicznie: „O jak to dobrze, że ludzie czytają cokolwiek! Rozwiną słownictwo, rozwiną sobie gust i będą sięgać także po nasze mądre książki”. Socjalizm utopijny! Badania bowiem pomijają jakość czytelnictwa, a ta jaka ma być, skoro reformy szkolnictwa skutecznie oduczyły czytania ze zrozumieniem i problem z tym mają nie tylko dzieciaki, także studenci? Remek 365 będzie potrafił pisać powieści nie tylko większym drukiem, on też uprości basic Polish z 850 słów do 150.

I wreszcie przypomnij sobie sonet Czesława Miłosza:

Który skrzywdziłeś człowieka prostego
Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając,
Gromadę błaznów koło siebie mając […].

Polski kryminał pierwszej dekady XXI w. prostego człowieka miał w pogardzie. Marek Krajewski faszerował swoje powieści nikomu nieznaną łaciną, ja ozdabiałem styl, a Zygmunt Miłoszewski z wykpiwania statystycznego Polaka uczynili swoje crème de la crème. Przełomem był rok 2014, kiedy ja na zamknięcie ery paleozoicznej dostałem Nagrodę Wielkiego Kalibru, a K. Bonda otworzyła nową epokę, zdobywając rynek tak swoją literaturą, jak też wizerunkiem. Jakiś kosmiczny wybuch, kometa albo supernowa Mróz była nieuchronna – jako autor bliski SF powinieneś to wiedzieć. Jednakże w przeciwieństwie do większości znanych Ci znaków na niebie nie wróżył wojny czy zarazy, tylko samo szczęście – niczym Gwiazda Betlejemska. Człowiek prosty nie musi już czytać pulpy importowanej z Zachodu, bo ma raz na dwa miesiące naszą własną, polską.

Gdyby nie szaleńczy wyścig wydawców, niska jakość czytelnictwa i gdyby M. Krajewski czytał Miłosza zamiast Marka Aureliusza, Remigiusza Mroza by nie było, tego jestem pewien. Skoro jednak jest, mówmy wprost, co jego obecność oznacza dla rynku wydawniczego, literatury jako takiej, wreszcie dla Ciebie i innych pisarzy. Jeżeli wierzysz w nawrócenie cynicznego gracza, mogę tylko wyrazić podziw dla Twych chrześcijańskich wartości. Jak wiesz jednak, zawsze byłem pesymistą.


Komentarze (40)


Mrozia
piątek, 2018-04-27 (16:43)
Mrozia
Rewelacyjny wpis! Prawdziwy w 100% i brutalny w swej szczerości ale też własnie dlatego taki piękny. Idealne uzupełnienie listu Jakuba Ćwieka. W końcu ktoś powiedział szczerze jak się ma sytuacja z Mrozem. Co z tego, że dużo skoro nijako...
piątek, 2018-04-27 (16:57)
Marcin Wroński

Dziękuję! Z rok temu powiedział mi Robert Ostaszewski: „Całe życie byłeś kulturalnym starszym panem i co z tego masz?”. Wyciągam więc ostateczne konsekwencje.


Waliza
piątek, 2018-04-27 (17:52)
Waliza

Może OT, ale jeszcze raz gdzieś przeczytam pienia o researchu Katarzyny Bondy, to trafi mnie wk... silniejszy niż Ćwieka. Powiedzcie, wszyscy piewcy - sami sprawdziliście jakość tego researchu czy łyknęliście reklamową papkę? Bo ja wiem, że chociażby w Pochłaniaczu K. Bonda: - przeniosła ulicę Liczmańskiego z Oliwy do Wrzeszcza (co porządny redaktor mógłby wszak zweryfikować, ale może się bał królowej researchu); - przechrzciła Morenę na Moreny (ha ha, tylko jedna literka, pewnie, ale wyobraźmy sobie, że akcja się dzieje w miejscu o nazwie Wrocław-Krzyk, a nie Wrocław-Krzyki; - stworzyła skrzyżowanie Chopina i Fiszera (tu znowu mógł pomóc redaktor - gdzie był i co robił, gdy Katarzyna Bonda swobodnie manewrowała mapą?); - każe bohaterce skręcić z Grunwaldzkiej w Chopina z prędkością 120 km/h. No to ja gratuluję tego researchu - pewnie polegał na ustaleniu, czy samochody rozwijają taką prędkość. Bo gdyby wykonać manewr opisany przez K. Bondę, samochód złamałby się na pół. I potem może by się scalił, a autorka po prostu ominęła ten ułamek akcji. Ale nie, to niemożliwe, ponieważ K. Bonda niczego nie omija, tylko ładuje w swoje książki absolutnie wszystko, co jej przyjdzie do głowy. I znowu: gdzie redaktor? Gdzie życzliwy człowiek, który by powiedział „Proszę pani, powinna pani wywalić 1/4 swojej książki i wtedy to będzie dobra książka"? Dlaczego nie ma już takich redaktorów? Możliwe, że K. Bonda na dobrego redaktora nie trafiła. A możliwe, że trafiła, tylko się go nie słucha. Chociaż nie wyobrażam sobie, że redaktor otwiera google.maps i mówi „Ulice Fiszera i Chopina nie mogą się krzyżować”, a K. Bonda potrząsa blond fragmentem swojego wypracowanego image-u i mówi „Jak ja im każę, to się skrzyżują!”. Czytam, jak poważni ludzie tę Bondę wychwalają i czuję się dokładnie tak, jak przy czytaniu pochwał Mroza. Wszyscy sobie z dzióbków wyjadacie, Szanowni Państwo. I dlatego wolę literaturę tłumaczoną - tam jednak mniej bzdur, bo redaktor polskiego wydania nie musi się użerać z autorem, bo tłumacz też najczęściej ma łeb na karku i zweryfikuje prędkość na zakręcie, nie pytając nawet autora o zdanie. A w efekcie czytelnik nie czuje się jak kretyn. Oczywiście na zagraniczne Mrozy nie ma rady - tej wydmuszce żadne weryfikacje nie pomogą. Aha - czekam na artykuł, w którym ktoś mi wyjaśni, dlaczego niby to życzliwy Mrozowi Ćwiek nie napisał do niego po prostu listu, w którym by się podzielił swoimi (jakże słusznymi) refleksjami.


piątek, 2018-04-27 (18:19)
Marcin Wroński

Na to odpowiedzi mogłaby udzielić Katarzyna Bonda. Ze swej strony mówię tylko o tym, co słyszę od niej - a więc o skrupulatnym sprawdzaniu wszystkiego. Czy to prawda, czy nieprawda, nie sprawdzałem, bo mam swoją dokumentację na głowie. Natomiast drugim faktem jest, że Remigiusz Mróz mówi publicznie, że uzgadnianie pomysłów z faktami jest mu obojętne i... mnie to mrozi, ponieważ w swoich powieściach starałem się, staram i nawet zamierzam się strać o staranność. Dlaczego zaś Jakub Ćwiek nie napisał do Mroza na privie? To akurat jest jasne - bo by go to nie obeszło.


Waliza
piątek, 2018-04-27 (18:49)
Waliza
No właśnie, to chciałam wiedzieć, czy powtarza Pan tę piękną opinię o researchu, czy sam Pan nad książką Bondy się zachwycił cyzelowaniem szczegółów. I z tym privem też chciałam wiedzieć. Rozumiem, że Panowie wiecie, że by go nie obeszło. Łudziłam się, że pycha R. Mroza nie jest aż tak rozdęta. Wiem na pewno, że jest wciąż wielu czytelników, którzy Mroza nie trawią, a dbałość o szczegóły (i o czytelnika) cenią.
piątek, 2018-04-27 (19:18)
Marcin Wroński

Droga Pani, mam ważniejsze sprawy na głowie niż sprawdzanie detali dokumentacji K. Bondy. Nie chodziłem z jej książką po mieście. Przynajmniej część przytoczonych przez Panią elementów wydaje mi się błędami korektorskimi, natomiast gwałtowny skręt wydaje się istotną pomyłką. Niemniej wiem, że K. Bonda wykonuje wiele pracy przynajmniej w kierunku kryminalistycznego uwiarygodnienia jej fabuł. R. Mróz natomiast przyznaje się publicznie, że aspekt wiarygodności nie interesuje go wcale. Byle fajnie było.


Ola
piątek, 2018-04-27 (20:49)
Ola
Wpis bardzo mnie ujął, dziękuję za ujęcie sprawy w ten sposób. Przyznam, że sama całkowicie ignorowałam sprawę tego reaserchu w książkach Mroza dopóki nie zobaczyłam informacji o ustanowieniu go ambasadorem w kwestii, na której... No cóż, słabo się zna. A przynajmniej tak wynika z jego powieści.
stiig
piątek, 2018-04-27 (22:10)
stiig
Nie czytałem żadnej książki i nie zamierzam. A to z tej prostej przyczyny, że nie interusują mnie pozycje z półki SENS. lub KRYM. Poza tym wydawanie sześciu książek rocznie śmierdzi Katarzyną Michalak, a to najgorsze z możliwych skojarzeń. Przykro mi Panie Mrozie, ale najwyraźniej nie jest Pan pisarzem, a taśmowym producentem czytadeł. Siedzę w branży literackiej i jestem przerażony nie tym, jak mało ludzie czytają, ale co czytają.
Marlen
piątek, 2018-04-27 (22:11)
Marlen
Świetne są Pana książki i tak trzymać ????
piątek, 2018-04-27 (22:40)
Marcin Wroński

Ola – dziękuję i ja. Ambasador to oczywiście sprawa czysto promocyjna, niby nie trzeba się znać, ale jeżeli już któryś z pisarzy lit. popularnej miałby być adekwatny, bo bardziej Miłoszewski niż Mróz.

Stiig – ma Pan wiele racji, jednak zapewniam, że na półce krimi znajdzie Pan wiele niegłupich książek diagnozujących czy naszą historię, czy współczesność.

Marlen – dziękuję. Chyba tak, a w miarę możliwości jeszcze lepiej :-)


sobota, 2018-04-28 (05:54)
Izabela Łęcka-Wokulska

Bardzo ciekawy, dosyć odważny w sumie, tekst. Ja też uważam, że nastawianie się na ilość jest złą praktyką. Prawdę mówiąc nie czytałam Mroza, Bondy, Puzyńskiej i nie planuję. Może to i dobre, a może nie, ale wydaje się tego taki nadmiar, że człowiek po którejś „poszukiwanej książce” macha ręką i przestaje się tym interesować. Poza tym, i tak czas pokazuje, że po roku, dwóch czytelnicy zapominają, bo jest kolejna nowość, a czytają sprawdzonych autorów. Za granicą już dawno byli „seryjni” pisarze czytadeł, ale z tym wiąże się schematyczność książek. Uważam, że dobra literatura „musi odleżeć” i że dobry kryminał „musi odleżeć”. I wierzę w czytelników, a przynajmniej w niektórych. Są jeszcze tacy. Czekamy na ten tom opowiadań! Bo ja mam nadzieję, że Zyga spędzi swoją starość z Różą!


sobota, 2018-04-28 (10:39)
Marcin Wroński

Pani Izabelo, dziękuję. Osobiście nie żałuję, że przeczytałem część książek K. Bondy, ale to prawda, że czytać wszystkiego nie sposób, chociaż akurat jej nastawianie się na ilość nie dotyczy. Przy czym wyraźnie zaznaczę, że chodzi mi bardziej o kwestie etyki pisarskiej i etyki rynku niż o polecanie bądź niepolecanie konkretnego autora - chociaż trudno tego uniknąć, gdy już się podejmuje taki temat. Zdrowszy rynek - lepsze książki, po prostu.

A co z Różą i Zygą, przekona się Pani niedługo :-)


Jaga
sobota, 2018-04-28 (23:52)
Jaga
Po przeczytaniu listu i komentarzy naszły mnie różne refleksje - wśród nich i ta, że i ja przez całe życie byłam kulturalną starszą panią. Wieczór ciężkich prawd ;)
Powsinoga
niedziela, 2018-04-29 (00:23)
Powsinoga
Nie rozumiem jednego, po co czytać Mroza, Bondę, czy innych niezdałych naśladowców średnich autorów zachodnich, gdy można sięgnąć po Twardocha, Jakuba Małeckiego(odpłynąłem przy Dygocie i Rdzy), jest Orbitowski, Szczygieł z rewelacyjnymi reportażami, Żulczyk, Jagielski... No i przede wszystkim zawsze można sięgnąć po klasykę. A Mróz wypełnił niszę w polskiej literaturze, zapotrzebowanie na kicz i taniość, jak Zenek i Sławomir w muzyce, jak programy telewizyjne typu Trudne Sprawy, czy Chłopaki do Wzięcia, umysłowy paraliż postępuje.
niedziela, 2018-04-29 (11:36)
Marcin Wroński

Jaga – Wprawdzie być mentalnie starszą panią/starszym panem sprawia wiele wzniosłej satysfakcji, okazuje się jednak coraz bardziej niepraktyczne ;-) W przypadku pisarzy chodzi tu np. o takie zachowania, jak w przypadku Marka Krajewskiego, gdy postanowił porzucić na chwilę Breslau i pisać o Lwowie. Ponieważ przed nim pisał lwowskie kryminały Paweł Jaszczuk, M. Krajewski zapytał go, czy nie będzie miał nic przeciw temu. Ktoś gotów się roześmiać: „Ale frajer, przecież nie musiał!”. To prawda, nie musiał. Podobnie jak w żadnej ustawie nie jest zadekretowane, że należy mówić dzień dobry...

Powsinoga – Co do zasady ma Pan rację, co do konkretnych nazwisk nie zajmę stanowiska. Mój głos w sprawie R. Mroza jest głosem pisarza w sprawie etyki pisarskiej i rynkowej, nie krytyka literackiego oceniającego konkretne teksty. I chociaż trudno te dwie rzeczy jednoznacznie rozdzielić, będę się starał nie wyjść z roli. Dlatego ani słowa o K. Bondzie, Sz. Twardochu i in. Nie wydaje mi się jednak zbrodnią przeczytać od czasu do czasu coś klasy B (sam lubię np. czasem obejrzeć dla rozrywki horror niskich lotów), problemem jest zatarcie granic i to nie tylko przez rynek, także przez autorytety. Dopóki poczytny pisarz klasy B lub C jest gwiazdą telewizji śniadaniowej czy tabloidów, rzecz zrozumiała. Gdy namaszczają go opiniotwórcze (wydawałoby się) media, no to to już jest jakaś kariera Nikodema Dyzmy ;-)


poniedziałek, 2018-04-30 (06:16)
Izabela Łęcka-Wokulska
Ja mimo wszystko uważam, że są czytelnicy doceniający staranne pisarstwo, staranny research. Pańskie książki np. pokazują mi jak wyglądała przedwojenna żydowska dzielnica itd. itp. Tylko że i tak rynkowo i tak to się nie przykłada. Trudno mi jednoznacznie powiedzieć, ale może plewy same się odsieją?
poniedziałek, 2018-04-30 (11:13)
Marcin Wroński

W perspektywie historii literatury być może ;-) Oczywiście, czytelnicy, którym zależy na literackości istnieją, inaczej większość pisarzy przywołanych w tej dyskusji nie miałaby z czego żyć. I oby tacy czytelnicy nie stali się gatunkiem wymierającym!


niedziela napalmowa
wtorek, 2018-05-01 (00:41)
niedziela napalmowa

O jakości literatury Mroza zdanie mam jak najgorsze od dawna, czyli od czasu, kiedy przeczytałem jego "Kasację". Co lepsze, było to w czasach gdy moda na Mroza jeszcze nie nastała, i sięgnąłem po tę pozycję jako osoba zainteresowana, powiedzmy w skrócie "Grishamem made in poland". Później jeszcze sięgnąłem z ciekawości po "Świt, który nie nadejdzie", bo po "Królu" Twardocha byłem wkręcony w międzywojnie w Warszawie. Powiedzieć, że między tymi książkami jest przepaść, to nic nie powiedzieć. Zarzuty wobec Mroza można mnożyć, ten etyczny jednakże wydaje mi się szczególnie ważny, bo o pewne pryncypia warto dbać i cieszę się, że pan to napisał. Jeśli ktoś zainteresowany, to swoje liczne, krytyczne uwagi do Kasacji przedstawiłem tutaj: https://www.goodreads.com/review/show/1325847072?book_show_action=false&from_review_page=1


wtorek, 2018-05-01 (07:07)
Izabela Łęcka-Wokulska
Ten tekst mnie tak zainteresował i dał do myślenia, że ośmielam się jeszcze raz go skomentować. Uważam, że polski kryminał właśnie w typie takim, jaki uprawia Pan, Ćwirlej, Chmielarz, Krajewski to dobre kryminały, na wysokim poziomie. Uważam, że mogliśmy się nimi poszczycić. Bo były dopracowane. I chyba czytelnik je doceniał. Ale teraz pojawili się autorzy, którzy ′idą po łebkach′, bo nie wierzę, że popełniając książkę co miesiąc dba się o każdy szczegół. Przypuszczam, że rzemieślnik opanował warsztat fabularny z zakrętasami fabuły w odpowiednim czasie i pisze. I młode pokolenie polski kryminał kojarzy właśnie z takim wzorcem. Z punktu widzenia autorów wydaje mi się, że Pana tekst jest słuszny, bo chodzi o zachowanie pewnego poziomu. Mam nadzieję, że czytelnicy to docenią, choć moja realnie myśląca połowa mózgu mówi, że i tak chodzi o rozpoznawalność nazwisk i okładek. Jak jest coś znane, to będzie znane bardziej.
wtorek, 2018-05-01 (12:05)
Marcin Wroński

Niedziela Napalmowa, cieszę się, że zwrócił Pan na to uwagę, bo przede wszystkim chodzi o pryncypia.

Pani Izabelo, właśnie dzięki takim autorom jak M. Krajewski czy Z. Miłoszewski polski kryminał osiągnął taką rangę, że nie tylko nie wstyd pisać o nim na blogach, ale też w pracach naukowych. Chociażby na KUL-u za tydzień będzie konferencja o obrazie policjanta w polskich kryminałach - jeszcze kilka lat temu rzecz nie do pomyślenia. Niestety, jeszcze kilka lat bylejakości i trend odwróci się, a czytanie kryminałów to będzie obciach. A tego bym nie chciał, w końcu poświęciłem temu gatunkowi 10 lat pracy...


Joan
wtorek, 2018-05-01 (12:24)
Joan
Trochę to smutne a trochę straszne. "Zaniepokojony", ale "życzliwy" kolega po fachu pisze list do "przyjaciela". Gdyby nie zrobił tego publicznie te "" mogłyby zniknąć. Ale nie...Prawdziwie życzliwy przyjaciel musi ci wytknąć błędy publicznie, z przytupem i dzięki temu zyskać chwilową popularność większą od R.Mroza. Nie czytałam książek żadnego z panów, ale każdy ma prawo wybierać powieści i autorów, których chce. Nie każdy musi zachwycać się bluzgami Masłowskiej, frazą Twardocha, melodią języka Tokarczuk czy opasłymi tomiszczami Bondy. "Żyj i pozwól żyć innym". Remigiusz Mróz jest dorosłym facetem i zapewne wie, co robi. Pewnie popełnia błędy, jak każdy, ale to są jego błędy i on będzie ponosił ich konsekwencje. "Research, resaearch - ponad wszystko". Nie, nieprawda. Jeśli ktoś potrafi napisać porywającą powieść w swoim wyimaginowanym świecie i zdobyć tym czytelnika - ma prawo. Ale może też zająć się sprawdzaniem każdego szczegółu bardzo skrupulatnie i wypuścić gniota. Mamy tego przykłady i żaden research nie pomoże. Nie wiem, czy Mróz albo Ćwiek są dobrymi pisarzami w moim odczuciu, bo jak wspomniałam nie czytam ich, ale stanę murem za Mrozem, ponieważ należę do tego środowiska i coraz bardziej mnie ono przeraża. To trochę tak, jakby jakaś modelka napisała "list otwarty" - "Anja Rubik jest za chuda, pewno ma anoreksję, więc przestańcie się nią zachwycać, bo zachwycać się nie należy, jeno zamartwiać o nieszczęsną Anję." A może rozwiązaniem byłoby, gdyby moi koledzy fachu zajęli się pisaniem własnych książek a nie wściubiali nos w życie innych. Fałszywe "wyjadanie z dzióbków" też trąci groteską, podobnie jak dziwnie pojmowana życzliwość. Powtarzam jeszcze raz. Martwić się o przyjaciela, to powiedzieć mu kilka zdań na osobności i po cichu, a nie pokazywanie całemu światu, jakim jest "frajerem", bo śmiga na sznurkach wydawnictw. Może i "dyplomatycznie", ale umówmy się, ludzie nie są idiotami. Są fani Mroza, są czytelnicy, którzy go nie cierpią, podobnie jest ze wszystkimi pisarzami na świecie. Są wydawane arcydzieła i książki fatalne, ale nikt nie będzie dyktował czytelnikowi, które mają mu się podobać. Jak nie spodoba się Mróz, to kupią Ćwieka. Albo na odwrót. A jeśli żaden - wybór jest ogromny. Życzę wszystkim udanej Majówki z książkami, które was zachwycą bez względu na nazwisko autora.
wtorek, 2018-05-01 (12:59)
Marcin Wroński

Pani Joanno, zapewne jeszcze kilka lat temu zgodziłbym się z Panią. Nawet na spotkaniach autorskich pytany o opinie na temat koleżanek i kolegów, jeżeli nie mogłem wycofać się rakiem, to mówiłem coś w rodzaju: „Sam akurat nie jestem targetem dla tego pisarza, ale warto sięgnąć ze względu na temat/ciekawą postać/opis środowiska” itp. Dziś uważam, że ta swoista poprawność polityczna prowadzi donikąd, a nawet oznacza milczącą zgodę na podcinanie gałęzi, na której wszyscy siedzimy - psucie gatunku i psucie rynku. I nie chodzi tu wcale o to, że akurat R. Mróz osiągnął sukces - wielu autorów kryminałów odniosło sukces i nikt o nich złego słowa nie powiedział. Nikt nie zabrania Pani czytać tego, co Pani sobie życzy, zresztą nie wypowiadam się w sprawie konkretnych tekstów, tylko kondycji i funkcjonowania literatury. Mnie smuci i przeraża zatarcie granic, przez co R. Mróz za chwilę zostanie nie tylko ambasadorem kampanii przeciw przemocy w rodzinie, ale wygra z W. Myśliwskim w plebiscycie na mistrza stylu. Co prowadzi do dezorientacji uderzającej w czytelnika. W sprawie przyjaźni natomiast - czyżby widać było w moim wpisie choć cień ludzkich uczuć? ;-) Dobrej Majówki również życzę!


Joan
wtorek, 2018-05-01 (13:54)
Joan
Myślę, że nie docenia Pan czytelnika :-) Z niektórych tematów pan Mróz wyeliminuje się sam, w naturalnej selekcji, więc nie demonizowałabym. Na researchu zjadłam sobie zęby a i tak niektórzy piszą, że "poniosło mnie", bo przecież w Wikipedii tego nie ma. Dla niektórych, cokolwiek napisze Mróz, będzie "prawdą oświeconą", dla innych zawsze będzie pisał "bzdury". Natomiast za pewne kwestie ponoszą także redaktorzy, którzy oprócz poprawiania przecinków, nie robią nic. Jakby "przeorali" jedną czy drugą powieść, to pewne sytuacje nie miałaby miejsca. A jeśli już mowa o "poprawności politycznej", to należało to zrobić z grubej rury a nie krygować się i pisać o trosce i sympatii, bo to trąci fałszem na kilometr. Pozdrawiam :-)
wtorek, 2018-05-01 (14:10)
Marcin Wroński

Pani Joanno, ależ doceniam czytelnika, lecz doceniam również siłę i możliwości działów PR wydawnictw :-) Odpowiedzialność redaktora, owszem, ważna sprawa, ale stanę tu w obronie swojego byłego zawodu, bo obecnej machinie wydawniczej na ogół na porządną redakcję szkoda pieniędzy i czasu. A że nie każdy redaktor jest równie dobry, to inna sprawa... Zaś co do „poprawności”, moim zdaniem było z grubej rury, chociaż być może tylko mi się tak wydaje, bo przywykłem do bycia miłym ;-) Serdecznie pozdrawiam!


Anna
wtorek, 2018-05-01 (16:49)
Anna
Wyrazy szacunku dla Pana. Szkoda, że poza Panem i Jakubem Ćwiekiem inni pisarze nie mają odwagi wypowiedzieć się w tej sprawie (może jakieś drobne uwagi na facebookach). Moja znajoma nauczycielka języka polskiego, wielbicielka Mroza (polonistka!), na uwagę, że jego pisanina, to grafomaństwo, że psuje czytelników, że dostarcza papki, odpowiedziała, iż jej wykładowca na studiach opowiadał o paniach handlujących na straganach i zaczytujących się w harlekinach. Twierdził, że nie jest ważne co czytają, ale że w ogóle czytają. Jednak chyba nie. Tak jak "gorszy pieniądz wypiera dobry", tak grafomańska pisanina wypiera dobre pozycje. Bo nad literaturą trzeba się jednak trochę pochylić i pomyśleć, a nie bezmyślnie "przelecieć" akcję. Uwielbiam kryminał (i nie tylko), ale obawiam się, że dobrzy autorzy kryminałów mają małe szanse i ta "bańka" pęknie przez Mrozów. Pozdrawiam serdecznie.
Joan
wtorek, 2018-05-01 (17:48)
Joan
Panie Marcinie, z tą "grubą rurą" to nie miałam akurat Pana na myśli, tylko pierwotnego twórcę listu :-) Jeśli już wyrażamy się krytycznie, to bez tych wstawek, że to z sympatii czy wręcz litości dla twórcy, bo jest to nieco żenujące (wciąż nie piszę o Panu). Oczywiście, to jest moje i tylko moje zdanie. Co do redaktorów, to ma Pan rację. Z uwagi na koszty i czas tę funkcję często pełnią osoby, które redaktorami nie są. I ponownie dochodzimy do punktu wyjścia, czyli wydawnictw i kasy.
wtorek, 2018-05-01 (20:42)
Marcin Wroński

Pani Anno, dziękuję. Z całym szacunkiem dla wspomnianego wykładowcy, zapewne z dekonstrukcjonizmu popadł w to, co z przekąsem nazwałem socjalizmem utopijnym. Niedawno w „Wyborczej" K. Varga również pod prąd powiedział w wywiadzie, że nie wierzy w narrację o ewolucji czytelniczej od harlekinów do Virginii Woolf. Ja też nie – i to z praktyki, bo od dziesięciu lat regularnie spotykam się i rozmawiam z czytelnikami w całej Polsce – a że zamiast V. Woolf chętnie podstawiłbym inne nazwiska, to dla istoty sprawy nie ma znaczenia. Być może Pani znajomej opadły już ręce, jako że pracuje na pierwszej linii frontu, a być może jest naiwna z natury.  Tak czy owak, osobiście wolałbym jeszcze gorsze wyniki czytelnictwa ilościowego na rzecz jakościowego, tylko czy ktoś je bada?

Faktycznie jest problemem rzeczywista lub pozorowana ufność wielu pisarzy. Rozumiem to jednak, bo trudno wyjść z roli. Sam przez 10 lat zawodowego pisania byłem kulturalnym starszym panem, jak przyznałem się nieco wcześniej. Niestety nie wytrzymałem już tego bycia dobrym ;-)

Pani Joanno, faktycznie, trudno nie wrócić do istoty sprawy. R. Mróz stał się bowiem napompowanym symbolem – wyraźnie zaznaczam: symbolem! – szerszego zjawiska, czyli niezdrowego, nadproduktywnego rynku (co w skrócie opisałem) i nieodpowiedzialnych (dlaczego?) mediów. To jeszcze czeka na opis.


środa, 2018-05-02 (02:34)
Izabela Łęcka-Wokulska
Jeśli chodzi o te nieodpowiedzialne media to trochę mam wyrzuty sumienia, bo troszkę blogi włożyły swój kamyczek. Choć mój akurat nigdy nie wspomniał o tym. To tak jak z powieściami erotycznymi dla tzw. new adult. Jak napisałam z oburzeniem, że to psucie młodzieży, to mi odpisano, że są popularne, że bohaterka ma skończone 18 lat itd. itp.
środa, 2018-05-02 (10:59)
Marcin Wroński

Istotnie, blogerzy niewątpliwie też zrobili swoje, ale też blogi książkowe są bardzo różne, a poza tym raczej reagują na rynek niż go współtworzą.


czwartek, 2018-05-03 (06:46)
Izabela Łęcka-Wokulska
Na Wirtualnej Polsce pojawił się artykuł na temat Mroza z bardzo konkretnymi zarzutami....Temat zdaje się być rozwojowy.
piątek, 2018-05-04 (12:31)
Marcin Wroński

Czekam na jakiś prawdziwy głos, bo na razie WP tylko odnotowuje, co napisał Jakub Ćwiek...


Przemysław Darmochwał
wtorek, 2018-05-08 (19:37)
Przemysław Darmochwał
Szanowny Panie. Odbiegnę od tematu głównego ale muszę, po prostu muszę to napisać. Brzmi to trochę po pensjonarsku, chociaż już 4 krzyżyk jak u Pana na karku dawno minął, ale muszę napisać :-) Mam do Pana żal. Wielki żal. I niestety jeszcze przez jakiś czas, żal nieutulony. Jestem teraz na żelaznej „barce”, 110.000 tyś DWT okolice 25°23’N i 056°32’E i nie mogę się napić wódki. I to przez Pana. Własnie wysłuchałem audiobooka „Haiti”, fenomenalnej książki w, notabene, równie fenomenalnej interpretacji Pana Sobczaka. Stanął mi przed oczyma „Polski Ziemniak” serwowany w „Perłowej” pijalni piwa na Bernardyńskiej (ech tak blisko Zygi się było :-) nawet wtedy nie wiedząc, że Lublin Panem stoi..). I niestety przyszła ochota. Oj przyszła. Tym bardziej, że z „Polskim ziemniakiem’ przypomniała mi się soczysta kelnerka, serwująca zimna piankę i wspomnianą zimną wódkę. Niestety obecnie na statkach nie panuje juz tak liberalna atmosfera jak na komisariacie Zygi, wręcz panuje atmosfera chorobliwego abstynentyzmu, co marynarzowi jest wręcz obrzydliwe – jestem pewien, że wie Pan co mam na myśli... Za Krafta mi przyszło tu robić :-( No cóż, pozostało czekać, dalej zakochiwać się w Lublinie, dalej zanurzać w Zydze i dalej oczyma wyobraźni podążać po wąskich uliczkach Żmigrodu.. Nie jestem niestety alkoholikiem tylko po prostu Haiti żal... i nie wiem jak tutaj, na tej mojej barce, ten żal utulić... a wódki niet, pod hajrem :-) Kłaniam się w głębokim szacunku.
środa, 2018-05-09 (19:34)
Marcin Wroński

Szanowny Panie,

Wielką przyjemność sprawił mi Pański komentarz. Zatoka Omańska, kurs na port w Kuwejcie, jak sądzę, w każdym razie pogoda jak złoto i strony, których nigdy nie widziałem. A tymczasem Pan tęskni za perłą (nie rozumiem), ziemniakiem (zaczynam), kelnerką (rozumiem już, o co chodzi!). Aż mi się przypomniał wiersz reklamowy Józefa Czechowicza z l. 30. XX w., który najdalej był koleją w Paryżu, umieszczony w "Skrzydlatej trumnie":

Mieć cuda z dawnych bajek: fruwające konie,

pałace marmurowe w czarownym Bagdadzie,

księżniczkę Pari-Banu na złotym balkonie,

chłodne źródło wód żywych w kokosowym sadzie.

Rządzić wyspą daleką na morzach zieloną,

gdzie rafy koralowe wstrzymują wód napór,

ratować okręt zbójców, gdy wśród burzy toną,

patrząc z dziką rozpaczą na bliski Singapur.

To wszystko jest niczym dla tych, którzy wiedzą,

co daje szczyt rozkoszy wśród bied świata tego.

Wtajemniczeni mądrze i powoli jedzą

najlepsze czekoladki S. A. P i a s e c k i e g o.

:-)

Bardzo się cieszę, że spodobała się Panu "Haiti". Na zepsucie obyczajów alkoholowych skarżyli mi się już księża, policjanci i pracownicy naukowi. Wydaje się, że jedynie w wolnym zawodzie pisarza czy innego artysty jeszcze jest przestrzeń swobody. Choć kto wie, jak długo, bo skoro Pan wpisał się akurat pod tym tekstem, to do niego wrócę - akurat R. Mróz nie pali, nie pije, zawstydza i kto wie, co nas wszystkich czeka!

Natomiast bohaterowie cyklu o Maciejewskim żyją jeszcze w nieco innym świecie. Mogą wypić z żalu, co doskonale rozumiem, bo wielu czytelników bardzo emocjonalnie reagowało na losy klaczy Haiti. Sam ogromnie lubię zwierzęta. Wódka będzie w porcie!

Jeszcze raz dziękuję i zawsze stopy wody pod kilem życzę :-)

Z ukłonem i serdecznymi pozdrowieniami!


Wiktor Mrok
piątek, 2018-05-25 (23:27)
Wiktor Mrok
Pogaduszki listowne Ćwiek versus Mróz w mojej opinii nie są niczym innym niż ustawką. To się dobrze sprzedaje i dobrze robi obu autorom. Tzw. gównowburze świetnie się sprzedają i napędzają klikalność, tudzież oglądalność. Tu mamy w sumie klasyczny przykład. Ten typ marketingowej zagrywki funkcjonuje od dawna. Co chwila w tabloidach czy innych podobnych, pojawia się jakiś wywalony na tłusto tekst w typie: Shakira ostro skrytykowała Beyonce. A tak naprawdę całe zdarzenie zawiera się w tym, że jedna pani drugiej pani zwróciła uwagę, że jej nowa płyta nie miała odpowiedniej promocji na Antarktydzie plus zwyczajowe słodkości i reklama sponsora artykułu. Oczywiście taka forma reklamy może mieć łagodniejsze i ostrzejsze wersje, w zależności do kogo ma być adresowana. A co do tempa pisania preferowanego przez Spółdzielnię Wydawniczą im. Remigiusza Mroza, dawniej Ewa wzywa 07, to też nic nowego pod słońcem. Ewa wzywa 07 to zeszyty wydawane co miesiąc za czasów mrocznego peerelu, do których pisali opowiastki kryminalne polscy autorzy. Tak naprawdę (a nieźle pamiętam te czasy) w kioskach dopytywano się o nowy numer Ewa wzywa.., a nie o konkretnego autora, choć ten był umieszczany na okładce. Obecnie ten model funkcjonuje w zmienionej formie. Takie połączenie Ewa wzywa... i boysbandu. Czyli: bierzemy na „okładkę” odpowiednio wyglądającego faceta, w tym wypadku takiego misia przytulaska o fizjonomii zagubionego młodego poety i popieramy ten wizerunek „szerokiem frontem” marketingu. W to są zaangażowane duże pieniądze. I to daje rezultaty, ale jest tu warunek: pieniądze muszą się zwrócić, plus zarobek. Więc nasz „misiu” musi pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Tyle, że tak naprawdę wykonuje to kilku lub kilkunastu autorów firmowanych jedną śliczną buźką i jednym nazwiskiem... logiem. Drugi warunek: to nie może być literatura wysokiego lotu, a tandeta, która ma trafić do najmniej wymagających czytelników (jest ich zdecydowanie więcej niż wielbicieli Dostojewskiego), takiego którego łatwo napędzić reklamą i pogaduszkami w telewizjach śniadaniowych i pisemkach dla garkotłuków. Jeśli te dwa warunki są spełnione, to mamy sukces rynkowy. I kasa się zgadza. Żeby już było całkiem wspaniale i na cacy, to dokłada się wbicie szpilki w polskie kompleksy; Mróz nie może być takim zwyczajnym Mrozem. On musi być polskim Grishamem. Tak jak Margaryna jest krajową Arianą Grande (jak zgodnie głoszą spece od robienia wody z mózgu). A jeśli te książki zawierają błędy, brak im redakcji, a fabuła jest dziurawa jak durszlak? Eeee, fanki odeprą takie zarzuty argumentem nie do podważenia: Ale ten Remek jest taki przystojny... Lecz co by tu nie mówić takie książki są też potrzebne, bo część tych, którzy sięgnęli po Mroza (nagonionych uporczywą reklamą), może sięgną później po coś lepszego. Na pewno nie zrobią tego wszyscy, co „czytajo i nie rozumiejo” ale jakiś odsetek na pewno. I to się liczy. To tyle z nowych historii spiskowych.
poniedziałek, 2018-05-28 (15:58)
Marcin Wroński

Panie Wiktorze, to może tak wyglądać, ale tym razem jestem przekonany, że ustawka to nie była - inaczej nie zabrałbym głosu. Natomiast porównanie do Ewy z boysbandem kapitalne, chociaż znów muszę powiedzieć, że jestem prawie pewien (odrobinę mniej niż poprzednio, lecz tylko odrobinę), że to jednak wychodzi spod jednego pióra. Natomiast co do trzeciego argumentu, dotyczącego polskich kompleksów, zgadzam się w pełni. Nikt bowiem nikomu nie zabrania pisać nawet 100 książek rocznie, nikt nikomu nie zabrania pisać prymitywnie i głupio - żyjemy w wolnym kraju. Np. przed wojną też wychodziło masę chłamu, ale "Wiadomości Literackie" nie robiły wywiadów z ich autorami. Dzisiejsze odpowiedniki robią, pompując balonik - bo news, bo "tacy jesteśmy w tej Warszawie otwarci na nowe trendy" itp. itd. Nie zgodzę się natomiast z czwartym argumentem, że te książki spowodują z czasem przesiadkę czytelniczą z kl. III do kl. I. Jeżeli nawet, to w granicach błędu statystycznego. To tyle pesymizmu na dziś :)


Wiktor Mrok
poniedziałek, 2018-05-28 (19:37)
Wiktor Mrok
Panie Marcinie, być może i tak jest, jak Pan mówi. To tylko moje pierwsze wrażenie po zaznajomieniu się z całością zagadnienie, które medialnie zostało mocno rozdmuchane. W takich przypadkach moja podejrzliwa natura automatycznie szuka beneficjentów. Nieważne... po przesłuchaniu obu panów na Łubiance, prawda wyjdzie na jaw :-) A czy Mróz, to jedna osoba czy spółdzielnia? No cóż, mam pewien twardy dowód na to, iż jest to figurant. Miałem tę nieprzyjemność przeczytać jedno dokonanie w/w czyli „Kasację””. Na sali sądowej byłem może z dziesięć razy i to wieki temu. Z prawnikami kontakt mój jest sporadyczny. Ale być może jestem geniuszem obdarzonym niesamowitą pamięcią i przez to wiem, że prawnicy nie zwracają się do siebie per „panie adwokacie”, a... „panie mecenasie”. Bzdur związanych generalnie z kwestiami prawnymi, i to na podstawowym poziomie, w tej książce jest po sufit. OK, gdybym to ja pisał, osoba nie będąca prawnikiem, to tylko błąd w sztuce, brak „riserczu”. Za co bym został obsobaczony przez co bardziej spostrzegawczych czytelników (lub czepliwą redaktorkę – czego sam doświadczyłem i to wiele razy). No ale pan Mróz jest prawnikiem, nieprawdaż? I co, nie zna podstaw swojego zawodu? Nie wierzę. Rozumiem, jeśli by się zakałapućkał w jakimś wyjątkowo skomplikowanym postępowaniu karnym lub cywilnym. OK. Jego wiedza prawna jest za mała, walnął babola. Ale trzaskać jednego kocopała za drugim w kwestiach podstawowych? Czyli prawnik Mróz albo spał na wszystkich wykładach, a salę sądową zna z opowieści podwórkowej koleżanki, albo nie napisał tej książki. To drugie wydaje mi się zdecydowanie bliższe prawdy. Panie Marcinie, faktem jest, że nagonienie złą literaturą do tej „wysokopółkowej” jest w granicach błędu statystycznego. A jeśli ta zła książka trafia do milionów czytelników, to..? No właśnie, ten błąd może zawierać całkiem sporą liczbę osobników płci obojga. To taka dawka optymizmu z mojej strony :-) A tak w ogóle, to jestem po przeczytaniu „Portretu wisielca”. Czas zacząć kolejnego „wrońskiego” :-) Został mi się ino jeden; „Czas Herkulesów”.
wtorek, 2018-05-29 (11:28)
Marcin Wroński

Panie Wiktorze, wiem, że spiski to Pańska literacka specjalność ;-) Znów jednak sądzę, że nie ma Pan racji, i to z dwóch powodów. Po pierwsze, "Kasacja" to jedna z pierwszych książek (oczywiście jak na skalę tego autora!) i wg mojej pamięci dopiero po niej zaczęło się o nim mówić. Zatem to jeszcze nie był ten moment, gdy opłacałoby się zakładać spółdzielnię. Po drugie, niechcący Pan go komplementuje, zakładając, że w swojej dziedzinie przestrzega reguł gry. Zapewne przestrzega ich nieco bardziej niż w dziedzinach, o których nie ma pojęcia, ale tak kompulsywne pisanie wyklucza autokorektę. Co wstukane, to zapomniane i leci się dalej.

A w „Czasie Herkulesów” sam po wydaniu książki znalazłem dwa błędy, i to z mojej dziedziny. Tyle dobrego, że niepowtarzające się ;-) Mam jednak nadzieję, że Panu umkną i sięgnie Pan także po „Gliny z innej gliny”.

Pozdrawiam serdecznie!


Wiktor Mrok
środa, 2018-05-30 (17:39)
Wiktor Mrok
Panie Marcinie... ja skomplementowałem?! Na Świętego Zarkwona, niech mi to będzie wybaczone! :-) Co do spisków, to jeszcze nie mam pełnej specjalizacji. Jak napiszę tak z dziesięć książek, to może ten doktorat „spiskowo-dziejowy” nabędę. Ale raczej się nie zanosi, bo „klawiszuje” w tempie jednej książczyny na dwa lata, a stary piernik już jestem. Pan w „Czasie Herkulesów” znalazł dwa błędy, a ja znalazłem piękne określenie pewnej nobliwej damy: monstrualne babsko. Piękne! Kocham takie słownictwo :-) Po „Gliny z innej gliny” sięgnę, bo jak to tak porzucić Zygę i te wszystkie lubelskie klimaty. No i ten humor obecny cały czas w treści. Pozdrawiam serdecznie :-)
Przemysław Darmochwał
środa, 2018-05-30 (23:15)
Przemysław Darmochwał
Szanowni Panowie. Czytając powyższe polemiki zgadzam się, że powinni Panowie „poinformować pierwszych ludzi, którzy wynaleźli pismo aby dali sobie z tym siana, bo to przecież mało rozwijające” a samo czytanie to przecież tylko „halucynacje podczas wpatrywania się w atrament na martwym drzewie, poddanemu obróbce termiczno-chemicznej” - oba cytaty z sieci J Dochodząc do sedna sprawy chyba chodzi o to aby „Twórca” i wiekszość „klawiszologów” nie szczezła za życia w łachmanach pod mostem, paląc zbierane po melinach niedopałki Sokołów, lecz dopełniła swej starości wspominana na łamach Wikipedii jako jowialny starszy Pan Pisarz. Zgadzacie się Panowie, że ta dyskusja czy pisać „wysoce” czy „nisko” w dobie współczesnego wariactwa nie ma chyba większego sensu. Ot korci myśl prosta aby nie być zapomnianym jeszcze za życia. Olać za przeproszeniem Mroza „tfurczość”. Spółdzielnia czy nie, zniknie z firmamentu wcześniej czy później. Gwiazdka zgaśnie jak zapałka Zygi - оt жив и умер Kto dzisiaj czyta Karola Bunscha, Szklarskiego czy Niziurskiego? Przecież to był kawał dobrej młodzieżowej literatury. Córka moja, chociaz obłożona setkami książek nie sięgnie do nich – życia nie starczy. Mroza miała, nie skończył, odstawiła. Mówię weź Wrońskiego. OK – później... Mało kto ma luksus jak Stary na statku, aby wieczorową porą, kołysany letnim monsunem wspominając ze złością smak zimnej wódki (nie wypominam!) mógł się zanurzyć rozmarzony w biust „monstrualnej baby”. Nie ma czasu na szukanie, Mróz szybszy, lepszy J Młode krawaty, którzy przyjeżdżają do mnie za trzeciaków nie wiedzą kim był Teliga, Borchardt, Baranowski nie mówiąc, że nie znają żadnej szanty. Niestety w szkole Mickiewicz i jemu podobni – owszem , ważni ale robią krecia robotę całemu współczesnemu czytelnictwu. Powinien być Sapkowski, Miłoszewski, Wroński (nie, nie słodzę – ale Pana książki powinny być obowiązkowe aby chociaż trochę musnąć stosunki Pańsko-chłopsko-żydowsko-sanacyjnej Polski z całym jej przedwojennym kolorytem i smrodem). Na Balladynę i Dziady przyjdzie czas – ot chociażby po zagraniu w Wiedźmina III gdzie Guślarz jak malowany – ale trzeba do tego samemu dorosnąc rozsmakowując się powoli w sztuce „klawiszologii”. Niedawno skończyłem „Czarodziejską górę” ale podejrzewam, że gdyby mnie zmuszano do niej za młodu puściłbym pięknego marynarskiego pawia aż by się Masłowska zachwyciła. Z pełnym szacunkiem ale chyba mamy o sobie zbyt duże mniemanie. Kartezjuszowi należy się czapa za to bałamucenie cogito ergo sum..... ot pyłki na wietrze. Teorie spiskowe – super, życie kolorowsze. Ale tak sobie myśle, że te rozmowy mają w sobie też znak normalności, której zaszczyt ma niestety niewiele narodów. Mam na burcie Syryjczyka. Rodzina tam, on tu. Nie może zejść bo nie ma dla niego nigdzie wizy. Persona non grata. Jak już zejdzie – posiedzi w Sudanie – cywilizowany kraj gdzie ma spokój. Tylko tam go chcą. Gdyby wrócił do kraju – do wojska do 55-go roku życia. Aby nie iść na front – 200 USD co miesiąc generałowi albo dawać dupy. Wybór jest i owszem. Wyjazd z rodziną do Libanu? Да, да – łapówka za miesięczna wize 2500 USD. Siedzimy sobie przy kolacji, potem fajurka, gadamy o pierdołach a ja się zastanawiam czy ten mój biedny 4-ty mechanik też martwi się niskim stanem literatury syryjskiej. W świetle współczesnych wydarzeń przypomnieć, że Apollodoros z Damaszku zbudował słynne starożytne cuda to jak wnioskować o otwarcie wszystkich granic, zniesienie paszportów i wiz i po prostu uczynienie nas ludzi na nowo wolnymi. Panie Marcinie – mam dla Zygi zapałki z Pakistanu – pomimo, że łebki OK i tak się nie palą. Ot fabuła by przez nie padła. „Haiti” zaliczone – tylko wspomnę, że dziadek rodzony mój w Suchowoli a jak niesie wieść gminna jego tatko był tam masztalerzem J. „Portret wisielca” też już w głowie a „Czas Herkulesów” właśnie się robi. Mały Zyguś i jego kolega Wroński to niezłe łobuziaki były. A Wędrowycz łypie na mnie wesołym okiem.... Kłaniam się pięknie.
środa, 2018-05-30 (23:42)
Marcin Wroński

Panie Przemysławie, tak szybko dzisiaj, żeby Pan wiedział, że dawno nikt mnie tak nie ubawił i nie podniósł na duchu! Akurat dziś rozzłościł mnie post: https://www.facebook.com/semczukprzemek/posts/992159944267620, a wcale nie zamierzałem siedzieć na FB... Napiszę jutro, pozdrawiam!



Dodaj swój komentarz:


Imię lub nick (obowiązkowe):

E-mail (obowiązkowy - nie będzie publikowany):

Strona WWW (nieobowiązkowa):

Treść komentarza:

Formatowanie: [b]pogrubienie[/b], [i]kursywa[/i], [u]podkreślenie[/u]

Powiadom mnie o nowych komentarzach do tego postu.

Akceptuję politykę prywatności.

Przepisz kod z obrazka:
CAPTCHA